"Łowiec Polski" - numer 10/2017
Porady praktyczne

Test fotopułapek

Ponad rok temu nasza redakcja próbowała się przyjrzeć, jak wygląda rynek fotopułapek. Pierwsze wnioski z przeprowadzonych wtedy testów nie nastrajały zbyt optymistycznie. Postanowiliśmy sprawdzić, co się od tego czasu zmieniło.

Pierwszym zadaniem, z jakim musi się zmierzyć myśliwy, podejmując decyzję o zakupie fotopułapki, jest odpowiedź na pytanie, do czego to ustrojstwo ma służyć? Z definicji fotopułapka to nic innego jak aparat/kamera wyposażona w czujnik ruchu, który uruchamia migawkę w chwili, gdy przed obiektywem cokolwiek się poruszy. Proste?

Nie do końca. Teoretycznie zaawansowana elektronika i obsługujące ją oprogramowanie powinny zadziałać tak, aby uzyskać możliwie najlepszy efekt w postaci zdjęcia i filmu. W praktyce okazuje się, że nie istnieje urządzenie na tyle uniwersalne, żeby sprawdzało się w każdych warunkach. Dlatego inne będzie nam potrzebne, gdy zechcemy zabezpieczyć domek myśliwski przed złodziejem, inne na nęcisku, a jeszcze inne do monitorowania kłusowników.

Te najbardziej rozbudowane aparaty, a co za tym idzie najdroższe, powinny zapewniać dużą uniwersalność, ale wydatek zbliżony do 2 tys. złotych wcale nie gwarantuje, że załatwimy tym wszystkie nasze problemy. Poza tym należy pamiętać, że sama fotopułapka to jeszcze nie koniec rachunku. Gdy doliczyć do niego baterie, karty pamięci, kartę SIM czy metalową obudowę ochronną lub zasilanie solarne, szybko okaże się, jak mocno przekroczyliśmy średnią krajową. A można tę listę jeszcze rozszerzać.
Aby uniknąć przypadkowych, kosztownych w efekcie wyborów, trzeba ciągle pamiętać o budżecie. Lepszym rozwiązaniem dla koła może okazać się zakup dwóch różnych, a tańszych urządzeń zastosowanych do różnych celów, zamiast jednego topowego i drogiego. Zapewnienia sprzedawców, że ten model na pewno nada się do wszystkiego, bo to najnowszy wynalazek, z całą pewnością można włożyć między bajki. W końcu Ferrari nie nadaje się do wyciągania byka z bagna, choć ma pod maską 500 koni.

Będziemy w zasięgu
Jeśli zależy nam, aby urządzenie informowało nas na bieżąco o tym, co w trawie piszczy, wybór jest oczywisty. Zwykle w aparacie z modułem GSM możemy ustawić kilka numerów telefonów, na które będą wysyłane powiadomienia lub MMS-y. To wygodne, bo czasem reakcja na wiadomość powinna być natychmiastowa (choćby w przypadku próby kradzieży lub złapania kłusownika). Wtedy reaguje ten odbiorca wiadomości, który ma najbliżej do łowiska. Opcjonalnie możemy wysyłać zdjęcia i komunikaty via GPRS na wskazany e-mail. Ta opcja wydaje się być rozsądniejsza ze względu na koszty. Jest po prostu taniej niż w przypadku MMS, ale warto to sprawdzić u operatora.

  Resztę artykułu przeczytasz w pełnym wydaniu "Łowca Polskiego"

 

Copyright © by Łowiec Polski - Wszelkie prawa zastrzeżone